środa, 23 lipca 2014

Niewiadomo kiedy, niewiadomo gdzie...

                                              Rozdział I

    Pewnego wieczoru Ron samotnie zmierzał do biblioteki, co było podwójnie dziwne
(z reguły chodził w towarzystwie Harry'ego i Hermiony oraz dobrowolnie nie można go było tam zaciągnąć). Mniejsza z tym... Zamyślony chłopak nie zwracał uwagi na to, co się wokół niego dzieje. W milczeniu przeszedł obok zaczepiającego go Irytka. Zignorował lub nie słyszał obrażającego go Draco Malfoya. 
   Aż nagle zorientował się, że zamiast w bibliotece znalazł się w lochach.
Przeklął i biegiem zawrócił do biblioteki, musiał przecież napisać wypracowanie na eliksiry na temat eliksiru szczęścia (felix coś tam sam nie pamięta ). Miał jeszcze cztery godziny do oddania eseju, gdyż Snape zapowiedział, że ten kto dziś do północy nie odda napisanej pracy domowej będzie miał szlaban. Zapewne odejmie również punkty, więc Gryfoni zmobilizowali się nie dać satysfakcji i powodu do drwin Mistrzowi Eliksirów. Tak więc już wiadomo po co Ron szedł do biblioteki.
   Kiedy tam zaszedł wszyscy patrzyli na niego ze zdziwieniem. Chłopak od razu zaczął szukać potrzebne książki do napisania wypracowania, ignorując szydercze spojrzenia Ślizgonów i współczujące uczniów z innych domów. Długo nie mógł znaleźć odpowiednich materiałów. Czas mijał niebezpiecznie szybko, a Ron nawet nie przejrzał notatek na podstawie, których mógłby cokolwiek napisać. Biblioteka pustoszała,
 a wskazówka zegara za kilka minut miała wskazywać północ. Gryfon zaś dopiero napisał kilka bezsensownych zdań, żałując, że odrzucił pomoc Hermiony, twierdząc, że nie jest nieudacznikiem losowym i sam sprosta zadaniu. W pewnym momencie przerażony spojrzał na zegarek na lewej dłoni i zamarł. W pośpiechu nabazgrał kilka zdań na temat działania i zastosowania eliksiru szczęścia i pognał ile tchu do gabinetu Snape'a. Po kilkunastu sekundach był już na miejscu, ale dla niego czas upływał o wiele wolniej (sekundy zamieniały się w minuty). Już miał otwierać drzwi, kiedy ktoś zanim głośno chrząknął i powiedział:
  - Weasley spóźniłeś...- znacząco spojrzał na zegarek- dwadzieścia osiem sekund.
  - Ale panie profesorze...- nie dokończył gdyż przerwał mu Snape.
  - Minus 10 punktów dla Gryfindoru za chodzenie po szkole w środku nocy i...- chwilę pomyślał oraz posłał Ronowi szydercze spojrzenie - 20 za spóźnienie z oddaniem pracy oraz szlaban w sobotę o 15:30 u mnie.
  - Ale panie profesorze w sobotę jest mecz...
  -Weasley, bez dyskusji chyba, że Gryffindor ma stracić jeszcze kilka punktów ?- uśmiechnął się ironicznie, wyminął chłopaka i po chwili zniknął w swoim gabinecie.
   Ron uśmiechnął się pod nosem i pognał w stronę wieży Griffindoru. Miał szczęście, że nie zostało zmienione hasło, przeszedł przez pusty pokój wspólny. Będąc już we własnym dormitorium bardzo cicho rozebrał się i wsunął pod kołdrę, aby nie budzić śpiących na sąsiednich łóżkach przyjaciół. Zasypiając, nie przypuszczał, co się może zdarzyć za kilka dni...

Ps.Notka krótka, ponieważ chciałam zobaczyć, czy będzie Wam odpowiadał mój styl pisania.